Patronat:

Fundacja TROP Warszawa

Przydarzyło wam się kiedyś niespodziewanie zabłądzić? Pomylić drogę, zgubić z oczu znajome miejsca i ludzi, którzy mogliby przyjść z pomocą? Będąc w takich tarapatach, można czuć niepokój, lęk, niepewność, dezorientację. Pół biedy jeżeli trwa to kilka chwil, po których zaczynamy rozpoznawać otoczenie i wracamy na znajome ścieżki albo pojawia się ktoś, kto pomaga nam się odnaleźć. Zwykle tak właśnie bywa i wszystko dobrze się kończy, a całe zdarzenie staje się wspomnieniem. Niestety, nie w moim przypadku. Mi zagubienie towarzyszy, odkąd pamiętam. 

Czy to w ogóle możliwe – zgubić się na dobre?
Tak. Zwłaszcza jeśli nikt nigdy nie pokazał ci drogi do domu.

Urodziłem się na wsi, dawno temu. Moja mama wiodła smutny żywot „łańcuchowego kundelka”. Wiecie, co to znaczy? Spędzała długie godziny przy rozpadającej się budzie, czekając na resztki z obiadu. Nie miała dostępu do świeżej wody, nie mogła swobodnie biegać, wchodzić do domu ani bawić się ze swoją rodziną. Mimo że o nią nie dbali, ludzie byli dla mamy całym światem. Weterynarza widywała raz w roku, kiedy przyjeżdżał do naszej wsi szczepić psy przeciw wściekliźnie. Nikt nie zainteresował się chorobą jej skóry ani alergią pokarmową, na którą cierpiała. Nikt nie zbadał jej chorej łapy. Życie mamy pełne było tęsknoty, bólu i obojętności człowieka.  

Kiedyś myślałem, że tak właśnie wygląda los wszystkich psów na ziemi, że „tak było od zawsze” i nie ma potrzeby tu niczego zmieniać. Teraz wiem, że to bujda, a może raczej wymówka, której używają ludzie nie dbający o swoje zwierzęta. Kiedy o tym myślę, czuję złość i rozczarowanie. Bo przecież oni są za nas odpowiedzialni! Jeśli decydują się przyjąć do rodziny psa, ich obowiązkiem jest o niego zadbać. Objąć troskliwą opieką, w tym weterynaryjną, regularnie i odpowiednio karmić. Pies najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy może spędzać czas z ukochanym człowiekiem, być częścią jego codziennego życia, bawić się z nim, spacerować, towarzyszyć mu. Jeśli ludzie nie chcą lub nie są w stanie zapewnić psu takiej opieki, nie powinni decydować się na czworonoga. Przecież nie w każdym mieszkaniu czy gospodarstwie musi być pies! Nie jesteśmy „żywymi alarmami” ani „maskotkami”, a czującymi istotami ufającymi swoim opiekunom.  

Ja, moi bracia i siostry, podobnie jak mama, staraliśmy się zabiegać o uwagę naszych gospodarzy. Początkowo dostaliśmy nawet kilka „głasków”. Ktoś powiedział, że jesteśmy „słodkie” i wyglądamy „jak puchate kulki”, po czym zostawił nas na dworze, w zimnie i wilgoci. Część mojego rodzeństwa nie przetrwała. Reszta trafiła do przypadkowych osób z okolicznych gospodarstw. Nie wiem, jaki los ich tam spotkał, czy nie podzielili niedoli mamy. Nikt nie pomyślał, żeby temu zapobiec.

Po kilku miesiącach przy budzie zbitej ze starych desek zostałem już tylko ja i mama. Ona wciąż na łańcuchu, ja biegający tuż obok. Czasami wychodziłem na drogę, wypatrując pomocy.

Niestety, widok zaniedbanego psa nie poruszył niczyjego serca.
Nikt się nie zatrzymał.

Prawdę mówiąc, nie był to widok nadzwyczajny. Psów takich jak ja, wałęsających się przy wiejskiej drodze, było wiele. Przez lata ludzie przywykli do czegoś, co nigdy nie powinno stać się codziennością i częścią okolicznego krajobrazu – do psiej niedoli. To, że do czegoś się przyzwyczajamy, nie oznacza, że „wszystko jest w porządku”. Zwykle tracimy wtedy czujność, trudniej nam rozpoznać, że „coś tu nie gra” i odważyć się na zmianę. Ja na przykład przywykłem do snucia się po drogach. A powiem wam, że wychodzenie na jezdnię nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza jeśli nie zna się przepisów. Raz o mały włos nie zginąłem pod kołami. Pies nigdy nie powinien sam poruszać się po ulicy – to zagrożenie i dla niego, i dla człowieka. 

Moje nieudolne próby szukania pomocy spełzły na niczym. Wiedziałem, że naszym gospodarzom nie odpowiada sytuacja, w której mają „do wykarmienia” dwa psy. Byłem dla nich bezużyteczny, a w dodatku bury i nijaki. Pies całym sobą czuje, kiedy ludzie chcą, żeby zniknął im z oczu. Kładłem więc uszy po sobie, podwijałem ogon i kuliłem się, tracąc wiarę w człowieka i w samego siebie. Kiedy w kolejnym roku okazało się, że mama spodziewa się następnych „puchatych kulek”, postanowiono się mnie pozbyć.

Dowiedziałem się później, że wcale nie musiało tak być.

Bezdomności i cierpieniu zwierząt można przeciwdziałać.

Weterynarze wykonują zabiegi kastracji, które zapobiegają zachodzeniu w ciążę. Dzięki temu można zadbać o te zwierzaki, które już żyją i potrzebują pomocy. A – wierzcie mi – jest ich całe mnóstwo! Schroniska i fundacje pękają w szwach. Skala zaniedbań i bezdomności jest olbrzymia.

Mimo mojego wyraźnego sprzeciwu, gospodarz zaprowadził mnie do samochodu. Jechaliśmy bardzo długo, aż w końcu zatrzymaliśmy się przy działce, na której trwała budowa ogromnej hali. Tak zakończyła się nasza jedyna wspólna podróż. W jednej chwili stałem się „psem stróżującym”. Zamknięto mnie w ciasnym kojcu, w miejscu, którego nie znałem. Patrzyłem, jak jedyna znajoma postać odchodzi, nie oglądając się za siebie.

Nie rozumiałem, co się dzieje. Bałem się, tęskniłem za mamą. Tygodniami wyglądałem przez kraty i czekałem, aż ktoś mnie stamtąd zabierze. Ale nikt po mnie nie przyszedł. Traciłem nadzieję, czułem się bezsilny. Od czasu do czasu osoby pracujące w tym miejscu podrzucały mi coś do jedzenia i wymieniały wodę, ale nie interesowały się tym, co ja tam właściwie robię i co się dzieje ze mną całymi dniami. Pewnego dnia budowa się zakończyła. Pracownicy przestali tu bywać. Któryś z nich otworzył kojec i odjechał. Nie wiedziałem, co robić. Krążyłem po pustym placu, po czym wracałem do kojca i próbowałem zasnąć. Byłem spragniony, głodny i wyczerpany. Po kilku dniach starsza pani mieszkająca w sąsiedztwie zaczęła mnie dokarmiać. Pomyślałem, że może u niej znajdę bezpieczne schronienie. Niestety, pani miała już psy i koty, które nie były zadowolone z mojej obecności. Postanowiła przekazać mnie swojej znajomej.

W kolejnych latach trafiałem z rąk do rąk. Ktoś przygarnął mnie na jakiś czas, trzymał na podwórku, po czym oddawał znowu innej osobie albo po prostu znikał i sam musiałem szukać swojego nowego miejsca. Ludziom zmieniały się plany – wyjeżdżali na wakacje, przeprowadzali się, „brali” kolejnego zwierzaka i zaczynałem wadzić, stawałem się niepotrzebny. To trudne: być zależnym od człowieka, którego nie interesuje twój los.

Kilka miesięcy temu, kiedy błąkałem się po bezdrożach, schwytał mnie pewien mężczyzna. Zostałem przez niego zwabiony na smakołyk do specjalnej klatki. Jedzenie wywęszyłem z daleka, bo byłem niemiłosiernie głodny. Ale gdy myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi i w końcu coś zjem, usłyszałem, jak zamykają się za mną drzwi. Byłem przerażony i przekonany, że kolejny raz w moim pieskim życiu wpadłem z deszczu pod rynnę. Próbowałem się wydostać, ale ten człowiek był nieugięty i nie miał zamiaru mnie wypuścić. Mówił coś do mnie i wyglądał na zadowolonego. Nie wiedziałem, co robić. Do tej pory nikt na mój widok nie uśmiechał się tak pogodnie. Jak się później okazało, był to pan Tomek z Fundacji Trop Warszawa. Próbował mi pomóc, podobnie jak pomógł już dziesiątkom zagubionych psów. Ktoś zawiadomił go, że kręcę się bez celu po okolicy, jestem wychudzony i zmizerniały.

Dzięki temu moje życie zmieniło się na dobre.

Trafiłem do schroniska. Muszę przyznać, że tu też niełatwo mi się odnaleźć. Czasami próbuję stąd uciec, ale sam już nie wiem, dokąd. To ten znajomy niepokój i niepewność, które nie opuszczają mnie od urodzenia. Powoli jednak dociera do mnie, że to chyba najlepsze miejsce, w jakim do tej pory przyszło mi żyć. Schroniska, niestety, bywają różne i słyszałem, że w niektórych warunki są bardzo trudne. Mam nadzieję, że ludzie zainteresowani psim losem wkrótce to zmienią. Ja tym razem miałem szczęście. Każdego dnia spotykam pracowników i wolontariuszy, którzy próbują o mnie dbać. Jest tu też weterynarz, który przepisał leki na różne moje przypadłości, będące efektem wieloletnich zaniedbań i podeszłego wieku. Mam problemy ze stawami, korzystam z bieżni wodnej. Wyobrażacie sobie? Z bieżni wodnej! Ja! Cały czas trochę się jej boję, dlatego zdarza mi się urządzać w sprawie tych wizyt małe awantury. Jednak osoby, którym zależy na moim zdrowiu, nie dają za wygraną i starają się mnie wspierać.

W schronisku dowiedziałem się, że mimo moich przywar i „nierasowości”

zasługuję na opiekę – jak każdy pies.

Nie jest to nic niezwykłego. Po prostu ludzie chcą, żebym nie cierpiał. Powoli, krok za krokiem, staram się przyzwyczajać do ich życzliwej obecności. Pierwszy raz w życiu mam własny kąt, posłanko, kocyk i czip, dzięki któremu, jeśli kiedyś znowu się zgubię, weterynarz odczyta mój schroniskowy adres. Taki czip to ważna rzecz! Z nim zwierzaki – nawet, jeśli pomylą drogę – mają szansę wrócić do domu.   

Oczywiście życie w schronisku to nie bajka. Są dni, kiedy czuję się samotny, smutny i przytłoczony schroniskową rzeczywistością pełną pieskiej niedoli. Jest tu wiele psów po ciężkich przejściach. Dla części z nich, podobnie jak dla mnie, dotychczasowe życie było pasmem nieszczęść, inne w różnych okolicznościach straciły swoich ukochanych ludzi. Trudno tracić coś, co kochasz najbardziej na świecie. Chciałbym, żeby ktoś dał im drugą szansę. Tym bardziej że wiele z nich nadal, mimo przeciwności, wpatrzonych jest w człowieka. I tak bardzo się starają! Potrafią spokojnie spacerować i dbać o czystość, cierpliwie znoszą zabiegi weterynaryjne, a niektóre nie boją się nawet jeździć autem! Patrzę na nie z podziwem i staram się naśladować ich zachowania.

Ja też w głębi serca marzę o swojej rodzinie.

Chociaż wiem, że znalezienie jej nie będzie łatwe. Do tej pory żaden człowiek nie zadał sobie trudu, żeby nauczyć mnie czegokolwiek. Nie wiem, jak odpowiednio zachowywać się w mieszkaniu, jak chodzić na smyczy. Miejski zgiełk mnie przeraża. Coraz trudniej przychodzi mi uczenie się nowych rzeczy. Kolejka psów czekających na adopcję jest długa. A ja stoję chyba na szarym końcu. Stary, schorowany, nieokrzesany kundelek to prawdziwe wyzwanie.

Czasami widzę psy wracające z adopcji. I nie chciałbym tego doświadczyć. One kolejny raz tracą wszystko i nie rozumieją, dlaczego. Ważne, żeby nowi opiekunowie wiedzieli, że adopcja – poza ratowaniem komuś życia i szansą na piękną przyjaźń – to również spory wysiłek i zobowiązanie. Pies nie zawsze spełnia oczekiwania i może przysparzać kłopotów. Słyszałem, że czasami potrzebna jest praca z behawiorystą. To taki specjalny ktoś, kto pomaga opiekunowi i psu jakoś się dogadać. Jeśli więc myślicie o adopcji, przyklaskuję temu z całego serca moimi klapniętymi, włochatymi uszami! Jednocześnie zachęcam was do rozmowy z rodzicami, wspólnego poszukania informacji na temat świadomej adopcji i spotkania z osobami ze schroniska, znającymi różne nasze bolączki.

A zdarza się, że mamy ich trochę. Często to ślady naszych trudnych przeżyć. Teraz wiem, że – choćbym nie wiem, jak długo węszył i szukał właściwego tropu – SAM nie jestem w stanie odnaleźć się w świecie stworzonym przez człowieka.

Potrzebuję ludzi. Takich, z którymi mogę spotkać się „wzrokiem i sercem”.

Którzy zatrzymają się i przykucną przy mnie, kiedy nieśmiało będę próbował zawalczyć o nową rodzinę, wykonując jedyną sztuczkę, jaką znam – podać im łapę. Mam nadzieję, że to właśnie oni znajdą mnie tutaj, w schronisku. Ono powinno być tylko przystankiem w drodze po lepsze jutro.

Chciałbym, żeby ludzie zrozumieli, jak bardzo zwierzęta na nich liczą. I wzięli za nie odpowiedzialność. Troskliwa opieka, czipowanie, kastracja, niekupowanie a świadoma adopcja to hasła, jakie niesiemy na naszych sztandarach. My, zwierzaki porzucane, niechciane, zaniedbane. Żyjemy, czujemy i jesteśmy zależne od człowieka. Dlatego jeżeli zauważycie zagubione, cierpiące zwierzę, nie bądźcie obojętni. Zwróćcie na nie uwagę, dajcie znać dorosłym. Razem sprawdźcie, jakie fundacje czy służby można zawiadomić.

Może właśnie dzięki wam ktoś taki jak ja ocaleje i odnajdzie drogę do domu? 💚